• Wpisów:15
  • Średnio co: 112 dni
  • Ostatni wpis:4 lata temu, 21:03
  • Licznik odwiedzin:933 / 1805 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
bywam smaczną potrawą powodującą ból brzucha
wspomnieniem wczorajszego słodkiego upojenia
podmuchem wiatru co ziarnkiem piasku drażni twoje oko
ostatnią czułością przed ciężkim na chwilę rozstaniem
niezadbaniem o jutro
 

 
gdy z każdej strony osacza brak dobra
umyka gdzieś autentyczność.
ludzie nawet lubią mój pancerz.
mówią z nim, całują go
piją z nim też herbatę.
śmieją się z jego filtrowanych żartów.
a samotne wnętrze łowi ryby
w przeręblu niepojętej wrażliwości.
 

 
żyję intensywnie jak na mnie. czuję zmęczenie, ale jestem cholernie szczęśliwa. teraz to czuję. przy Nim moje lęki, obawy znikają. defekty maleją. powoli się naprawiam. tylko wciąż boję się, że Go stracę.
dla Niego chcę być kimś lepszym. zasługuje na to. zasługuje na więcej.
  • awatar ✝ ѕateenkaari ♥: Prawda.. Świetny wpis :). Meega blog *.*. Zapraszam do mnie, być może warto. :D Jak wpadniesz to zostaw coś po sobie, byłoby mi miło. Pozdrawiam ^^
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
fałszująca sikorka, pokojący wiatr, dziwaczne pnie owinięte bluszczem. twarze z chmur wołające o uwagę. dziupla, ślady na hubie, prześwity słoneczne między chudymi drzewami. upadki ptaków amortyzowane liśćmi. o tak! fontanna z liści - jedna, druga i płonąca mucha w locie. trawiasto w umysłach. nad mimiką traci się kontrolę. dorośli podejrzewają - dzieci po prostu wiedzą. a wszystko kwituje ów leniwy uśmiech.
 

 
nagły deszcz w słoneczne południe. ludzie ze zwieszonymi głowami idą do pracy. nie ocknęłam się jeszcze ze snu. mam dwanaście lat i wzdycham do niegrzecznych chłopców. wilgotne powietrze tuli me nozdrza. ktoś rozkołysał huśtawkę i uciekł. zaciągam się dymem z papierosa. rozglądam się dookoła i chłonę obrazy jak wariatka. mijają godziny. ja czekam na znak. zapadający zmrok spowija mgła. ludzie ze zwieszonymi głowami wracają do domów. rezygnuję. chcę odejść, ale nie mogę. rozpadłam się już na atomy.
 

 
wielcy poeci piszą o natchnieniu. we wzniosłych apostrofach proszą swe muzy o wenę.
tymczasem nikt nie zastanawia się nad ciężkim losem młodych grafomanów, którzy mają w środku prawdziwych małych faszystów przystawiających im pistolet do skroni w najmniej odpowiednim momencie, rozkazując "schreib! schreib!" z taką natarczywością, że żaden z nich nie ma odwagi nie sięgnąć po długopis.
 

 
uparcie od pewnego już czasu próbuję zweryfikować siebie
ażeby kiedyś u progu życia móc zamknąć szufladkę na kluczyk i opatrzyć swoim nazwiskiem
tymczasem pojawiają się wciąż nowe szufladki, półeczki tudzież kieszonki, niezmaterializowane i kuszące wołające o wypełnienie po brzegi
zaczynam więc napełnianie każdej po trochu,
przeskakując raptownie mimowolnie miotając się z demoniczną chęcią działania
wypchania tej jednej do pełna
bezskutecznie
zagrać ostatni akord, tę jedną kreską wykończyć rysunek, opuścić teatralną kurtynę, wpisać wynik działania, w końcu postawić kropkę
chcę - nie mogę
ale może gdybym pragnęła za lat kilka ratować ludzkie życia
albo była odrobinę lepszym człowiekiem
nie bałabym się plakietki z napisem
NIKT
 

 
noc jest od miasta rozświetlonego lampami. szybkich samochodów, wysokich szpilek. nocnych klubów i śliskiego asfaltu. to pora gwałciciela, mordercy recydywisty i troskliwej matki budzonej płaczem dziecka. noc od dyskryminacji księżyca lub zawieszenia na nim myśli. czucia muzyki przebywającej drogę przez warstwy codziennego zgorzknienia. ona jest od stwarzania cudów techniki. białych kresek odmierzanych ambicją, mętnego od używek wzroku. i wielu dobrych chęci.
noc to awaria neuronów i matka wielkich myśli.
noc nie jest od zwykłości.
 

 
pożegnania. odejścia. zmiany, a raczej ich nieodgadnione następstwa.
kto je lubi? obserwatorzy cudzych pogrzebów? smakosze muchomora?
nie ja.

endorfiny buntują się dotkliwie. krew spływa po nadgarstku. oczekiwanie gryzie jak wełniany sweter. ucieczki chwilowe przybierają różnorakie kształty. ich rozmiar urasta do rangi panaceum. naprawdę to tylko dobre placebo na drzazgę wbitą w opuszek palca.
w mieście wszyscy modni przybierają tę samą maskę. między szarymi blokowiskami przemierzają przetarte ścieżki. idą pochłonięci nieuśmiechaniem. ramię w ramię, żebro w żebro. ego w ego.
a słońce przyprawia o mdłości.
 

 
proszę pana,
piszę z wdzięczności podszytej wyrzutem.
pan dał mi różę i oberwał z płatków. roztopił śniegi i zastąpił deszczem. poprosił do tańca, podstawił nogę. to nie przystoi!
ja, proszę pana, jestem jak przedwojenny gramofon. z zaciętego winylu płynie wciąż jeden dźwięk. wygrywa pańską melodię gdzieś w głębinach umysłu. i serca też. podziwiam za nią pana w swoisty, zdroworozsądkowy sposób. jej nieustępliwość jest moją torturą balansującą na granicy rozkoszy.
kiedyś było inaczej. wie pan, powietrze pachniało lawendą, nie śmietnikiem. nie znałam smaku czekolady, więc nie miałam apetytu. nie było żadnych kontrastów. teraz widzę szerzej. może to i lepiej?
dziękuję za wszystko, łodyga z kolcami się suszy.
~cierpiąca na brak pana
 

 
Wpis tylko dla znajomych

Wpis tylko dla znajomych

 

 
Wpis tylko dla znajomych

Wpis tylko dla znajomych

 

 
My, ludzie, nie mówimy wprost o swoich uczuciach.
Chowamy się w zawiłych labiryntach, gdzie nowe ścieżki wytycza chory zdrowy rozsądek. On dba o to, abyśmy czuli się bezpiecznie mając kilka możliwości ucieczki. Przyćmiewa tę jedną drogę prowadzącą do celu.
Pójść tą drogą? To banalne i zbyt proste, wymagające jedynie podjęcia odrobiny ryzyka. Życie trzeba sobie utrudniać. Sobie i komuś, nieświadomemu twej wędrówki ku jego akceptacji. Komuś być może oczekującemu tego samego od ciebie.
Ale ty nie możesz o tym wiedzieć. Skąd masz wiedzieć? On również wybrał wyjście awaryjne. I on też się nie dowie. Będziecie żyć osobno w słodkiej niewiedzy podszytej resztkami nadziei. Będziecie tak żyć dopóki zatrzymany puls wyciszy wszystkie myśli.
Już nigdy się nie dowiecie.
Chyba nie lubię dobrych rozwiązań.
Może to przez zbyt częste manifestacje rozumu, brutalnie uciszającego serce, sznurując mu usta grubą igłą bezwzględności.
 

 
Wpis tylko dla znajomych

Wpis tylko dla znajomych

 

 
zaparzę waniliową herbatę w pękniętej, acz znaczącej filiżance, oderwę wzrok bezmyślnie w blat wbity na rzecz widoku zza okna - ujrzę śmietnik; alternatywę lodówki dla pana w brudnym kaszkiecie. kolce kwiatu w, zmęczonej zwyczajnym bytem i niedocenieniem, doniczce ukłują wyjątkowo dogłębnie. kłótnie osiedlowe niosące echo wbiją się przez balkon, strasząc zmieszane wróble złaknione błogiej ciszy. zza ściany krzyknie telewizor sąsiada bosko zagłuszający zbyt bolące prawdą myśli, powtórki programów sprzed lat wypełnią pustkę czterech ścian.
wyblakłe życie nabierze koloru soczystej zieleni wspomnień dzięki zapachowi truskawek, niewywołanej kliszy, misternie tworzonej laurce.

myśli z czwartego piętra przybiorą kształt jakby opływowy.